Krzysztof PendereckiHistoryczne związki kompozytora z Wrocławiem
W niedzielę 2 marca wybitny polski kompozytor poprowadzi Wrocławską Orkiestrę Kameralną Leopoldinum. W programie koncertu o godz. 18.00 utwory samego Krzysztofa Pendereckiego (m.in. Sinfonietta nr 2 i Chaconne pamięci Jana Pawła II) oraz Antonina Dworzaka (Serenada E-dur). Bilety zostały wyprzedane, ale przed koncertem będzie można kupić wejściówki za 10 zł.
 
Magdalena Talik: W ostatnio wydanej książce „Pendereccy. Saga rodzinna” opowiadał Pan profesor, że Pana pradziadek urodził się we Wrocławiu w 1810 roku. Związki ze stolicą Dolnego Śląska są więc w Pana profesora przypadku oczywiste.
Profesor Krzysztof Penderecki: To są związki już historyczne, bo mój pradziadek Jan Berger przyjechał do Polski szukając pracy, skończył szkołę ogrodniczą, został potem nadleśniczym w dobrach hrabiego Raczyńskiego koło Dębicy i założył rodzinę. Ożenił się też z Niemką, mam więc bardzo mocne korzenie niemieckie, choć rodzina stała się potem bardzo spolszczona.
Czy we Wrocławiu wciąż mieszkają jacyś krewni Pana profesora?
Tak, ale to przypadek. Córka mojego brata założyła tu rodzinę, więc okrężną drogą nasza familia wróciła do Wrocławia, do tego pięknego miasta.
Pana profesora dziadek interesował się roślinami, więc chyba tę pasję odziedziczył Pan profesor w genach?
Na pewno, zwłaszcza że mój dziadek Robert Berger także interesował się botaniką, a ja jako dziecko uczyłem się nazw wszystkich drzew po łacinie. Chodziliśmy razem na spacery i musiałem rozpoznawać wszystkie drzewa po liściach, po korze. Wpajano mi to jako małemu chłopcu. Potem zająłem się muzyką, nie miałem czasu, ale zainteresowania wróciły. Zacząłem szukać miejsca, gdzie mógłbym znaleźć swój azyl, swoją arkadię. Udało się, kiedy kupiłem zaniedbany, rozkradziony dwór i zacząłem kupować ziemię wokół. Miałem idée fixe, że powinienem założyć park, co przerodziło się w Arboretum, bardzo bogatą kolekcję dendrologiczną, bo przez tyle lat sprowadzałem drzewa, które nawet nie zawsze są z naszego klimatu.
A czy prawdą jest, że podczas pobytów we Wrocławiu odwiedzał Pan profesor nasz ogród botaniczny, aby uzupełnić zbiory?
Oczywiście, zawsze chodzę do wrocławskiego ogrodu botanicznego, kilka razy widziałem się z dyrektorem Tomaszem Nowakiem i nabyłem poszczególne gatunki drzew, których akurat nie miałem w swojej kolekcji. Bardzo dużo przywiozłem ich też z zagranicy, często szmuglowałem nawet małe drzewka, teraz już mogę się do tego przyznać, bo kiedyś takie działania były zabronione. Pamiętam, jak w walizce woziłem małe drzewka, które teraz mają już po 20 metrów.
Jest także inny związek Pana profesora z Wrocławiem – Panorama Racławicka. Jako dziecko oglądał ją Pan we Lwowie z wujem Mieczysławem Bergerem. Jakie obraz zrobił wówczas wrażenie?
Miałem wtedy pięć lat i ze Lwowa pamiętam dwa momenty. Pierwszy, kiedy mój wuj kupił mi rowerek na trzech kółkach i przywieźliśmy go do Dębicy. Żadne dziecko takiego nie miało, ale za parę dni wybuchła wojna, musieliśmy uciekać i trzeba było rowerek zostawić. Pamiętam także, że byłem z moim dziadkiem, wujkiem i ciotką oglądać Panoramę Racławicką. Zresztą niejednokrotnie, bo wracałem tam ciągle. To była rzecz, która podobała mi się we Lwowie najbardziej. Po latach byłem w Panoramie raz, ale ponieważ teraz przyjeżdża moja wnuczka po próbie na pewno pójdziemy zobaczyć płótno wspólnie.
Wrocław nigdy nie był dla Pana profesora jedynie przystankiem na drodze artystycznej, ale miejscem wykonań wielu utworów, głównie za sprawą festiwalu Wratislavia Cantans.
I za sprawą Andrzeja Markowskiego, który wymyślił ten festiwal i wykonywał tutaj dużo moich utworów, od samego zarania Wratislavii Cantans. Wtedy nigdzie w Polsce nie było tego typu festiwalu, tym bardziej, że przecież muzykę sakralną zaczęto grać dopiero w latach 60. Dużo zmieniła tu moja Pasja według św. Łukasza, która odniosła sukces na świecie i potem już nie mogli zabronić takich wykonań.
Jak Pan profesor wspomina tamten czas, połowę lat sześćdziesiątych, kiedy dyrektorem festiwalu był Andrzej Markowski?
Markowski był nietuzinkowym człowiekiem, świetnym muzykiem, otwartym na młodą muzykę, wówczas jeszcze nieznaną. Wykonywał pierwsze utwory nie tylko moje, ale też Henryka Mikołaja Góreckiego, Wojciecha Kilara, był nadwornym dyrygentem awangardy. Zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w okresie, kiedy był dyrygentem Filharmonii Krakowskiej. Zawsze popierał nas, młodych kompozytorów. Dużo mu zawdzięczam.
Pamiętam, jak po premierze „Raju utraconego” w 2008 roku w Operze Wrocławskiej powiedział Pan profesor, że to najlepsza inscenizacja tego dzieła.
To jest na pewno najlepsza inscenizacja. Najlepszy dowód, że utrzymała się w repertuarze przez pięć lat, a kiedy zespół Opery Wrocławskiej przyjechał do  Krakowa na Festiwalu Muzyki Emanacje potwierdził, że to świetne przedstawienie.
Wrocław jest też wyjątkowy z innego powodu. Na jednej scenie w Hali Stulecia wybrzmiały utwory Pana oraz Jonny’ego Greenwooda z Radiohead podczas Kongresu Kultury Polskiej.
To wszystko wymyślił Filip Berkowicz, który przyniósł mi wywiad z Greenwoodem i postanowiliśmy, że zaprosimy go do Polski. Dałem mu do posłuchania mój utwór Polimorfia. Nigdy go nie słyszał, ale tak się zachwycił, że postanowił napisać rodzaj wariacji na nim opartych i zostały wykonane we Wrocławiu. Jego muzyka nie jest popem, ma walory muzyki poważnej. Cieszę się, bo od tego czasu ta moja wczesna, bardzo awangardowa twórczość, bardzo trudna, którą często trzeba długo tłumaczyć orkiestrze, weszła z powrotem do repertuaru.
Skoro poruszył Pan profesor wątek orkiestry. Wspominał Pan w książce, że angielskie zespoły są dobre, bo po jednej próbie z nimi praca jest wykonana. Ale i z Wrocławską Orkiestrą Kameralną Leopoldinum skończył Pan próbę przed czasem.
Oni są po prostu przygotowani, znają ten repertuar, niektóre utwory grali, to po co będę ich męczył. Nawiązaliśmy od razu kontakt. To świetna orkiestra.
A dlaczego uznany kompozytor zaczyna drugą ścieżkę kariery, czyli dyrygowanie, zwłaszcza że Pan profesor nie prowadzi wykonań jedynie  własnych utworów, ale sięga po szeroki repertuar?
Na samym początku była chęć muzykowania, nie tylko siedzenia i pisania.  Stania przed orkiestrą, publicznością, ponieważ to najlepszy sprawdzian. Teraz  wydaje mi się, że nie chcę już skupiać się na klasyce, bo tylu jest przecież innych  dyrygentów. Staram się prowadzić tylko moje utwory, choć w programie koncertu jest także Serenada E-dur Antonina Dworzaka, jednego z moich ulubionych kompozytorów.
Pan profesor dyryguje, ale wielu kompozytorów nigdy nie prowadziło regularnie orkiestry. 
Nie każdy ma możliwość współpracować z orkiestra, choć to jest bardzo potrzebne, bo uczymy się instrumentacji teoretycznej, ale sprawa praktyczna, jak pisać dla orkiestry, jest o wiele ważniejsza. Szczególnie dla kompozytora. Tego nie można się nauczyć. Oczywiście, można studiować partytury dawnych mistrzów, ale to nie to samo, co stanąć przed orkiestrą.
 

rozmawiała Magdalena Talik


Krzysztof Penderecki

Krzysztof Penderecki/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki 
Krzysztof Penderecki/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki i muzycy Wrocławskiej Orkiestry Kameralnej Leopoldinum/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki i muzycy Wrocławskiej Orkiestry Kameralnej Leopoldinum/fot. Tomasz Walków
Krzysztof Penderecki
Krzysztof Penderecki i muzycy Wrocławskiej Orkiestry Kameralnej Leopoldinum/fot. Tomasz Walków